Dzisiaj jest 28 lutego 2021, 20:37


Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 18 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na ś
Nieprzeczytany postZamieszczono: 18 lutego 2021, 09:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 maja 2013, 11:33
Posty: 497
:idea:

Turcja. Merzifon – Trabzon.

Licznik 95554 – 95995
441 km.


Śpiewny szept recytuje namolne Allach Akbar, Allah Akbar. Wdziera się do uszu, wibruje i przepada, żeby zaraz wrócić echem. Jest coraz bliżej i bliżej, aż siada na uchu i wypełnia głowę. Oczy już otwarte, ale jeszcze nic nie widzą. Biała plama. Za chwilę wraca mi świadomość. Przypomniałem sobie gdzie jestem i co robię. Sen odszedł całkowicie. Głos pochodzi zza ściany. To muzułmanin wypowiada swoją Al-Fadżr*. Biała plama to nic innego jak sufit małego pokoiku do modlenia się, dla kobiet. Młodszy też już nie śpi. Wystarczyło porozumiewawcze spojrzenie i czekamy znieruchomiali, bo śpiwory szeleszczą. Kiedy pobożny człowiek wychodzi, my w te pędy za buty, za bambetle i do motocykli. Niezręczna sytuacja. To było trochę jak podsłuchiwanie intymnej rozmowy.
Na zewnątrz rześko. Chłodne jeszcze promienie porannego słońca rażą w oczy, a zimny jeszcze wiatr, każe cieplej się ubrać.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Młodszy głodny. Pokazuje mi to na migi. Mamy ustalone różne znaki na różne okoliczności. Przy pierwszej okazji zjeżdżamy z głównej drogi. Jest coś w rodzaju zieleniaka. Świeża, wielka bułka i trochę sera wystarczy. Siadamy gdziekolwiek, żeby to zjeść. Słońce daje już ciepło. Jeszcze tylko dłonie nie wróciły do normalnej temperatury.

Obrazek

Obrazek

Pół godziny drogi dalej, znowu się zatrzymujemy. Tym razem, żeby się porozbierać, bo już gorąco.

Obrazek

Obrazek

Pół godziny drogi jeszcze dalej zatrzymujemy się znowu, ale nie z własnej woli. Policja drogowa. Zimny dreszcz żalu nad wskazaniem prędkości, jaką pamiętam ostatnią, przeszywa mnie na wylot. To będzie kosztowało…
Policjant zabiera nasze dokumenty i odchodzi do radiowozu. Wokół inni policjanci i żołnierze. Czekamy. Czekamy i robimy zakłady o sumę i czas do zapłacenia mandatów. Nastroje nietęgie. Za kilka minut policjant wraca z naszymi dokumentami. Bez zbędnych ceregieli oddaje każdemu z osobna i każe jechać, życząc dobrej podróży. Po angielsku.
Zwykła kontrola. Zwykła niezwykła. W końcu od zeszłego roku trwa stan wyjątkowy, a władze Turcji zawiesiły obowiązywanie na terenie kraju Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Wiadomo co to znaczy. Znaczy to dla nas tyle, że taki policjant może wszystko i jeszcze trochę.

Obrazek

Obrazek

Głęboki oddech, szczęki kasków w dół i droga znów cieszy, kilometry mijają, wiatr wieje. Tego dnia robiliśmy jeszcze kilka przystanków. Na przykład na gorącą herbatę z dymiącego prawdziwym dymem urządzenia. Przy tej okazji Młodszy zorientował się, że jakimś sposobem jedna strona szyby kasku jest odkręcona. Do naprawy użył monety, bo nie chciało mu się wyjmować śrubokręta.

Obrazek

Obrazek

Jeszcze jeden przystanek. Zadbany, duży parking. Ławy z ławkami do siedzenia osłonięte mizernym cieniem młodych jeszcze drzew. Nie ma betonu tylko żwir. Kosze na śmieci i kran z bieżącą, zimną wodą. Motocykle parkujemy dwa miejsca dalej od jedynego samochodu. Na ławce siedzi para młodych ludzi. Tuż przy nich dziewczynka i chłopiec, bawią się kamykami. To ich dzieci.
Mężczyzna około 20 może 25 lat, dokładnie ogolony, chudy i nie za wysoki brunet. Uroda typowo turecka. Dżinsowe spodnie, koszulka typu polo. Ona lekko przy kości. Długie włosy schowane pod kolorową chustą. Ubrana w zwiewną, jasnoniebieską sukienkę. Rozmawiają sobie, popijając napoje. Nie chcąc przeszkadzać, zajmujemy ławę w pewnym oddaleniu. Patrzą z zaciekawieniem. Wyciągamy swoje frykasy, bo kiszki marsza grają. Na stole ląduje baton czekoladowy, reszta bułki ze śniadania na krawężniku, resztka wody w butelce. Śmiejemy się z tych dóbr, jaką to dietę przyszło nam wprowadzać w podróżnicze życie.
Na to para przesiada się do ławy obok. Ona milczy, on mówi. Raczej pyta. Skąd, dokąd, jak się nam tu podoba, kto jest prezydentem w Polsce a kto ministrem obrony, i tak dalej. Nie będę się dokładnie rozpisywał o czym rozmowa była, bo i nie pamiętam i nie zapisałem wszystkiego.
Jego słaby angielski jest lepszy od mojego. Lekko podirytowany, próbuje tłumaczyć, powtarza co ważniejsze słowa wolno. Nie mogąc wydusić ze mnie szczegółów, które go interesują, zaczyna o swoim kraju, o przywódcy, piłce nożnej, chyba o święcie jakimś, aktualnym stanie gospodarki i o silnej armii.
Okazuje się, że zaciągnął się do wojska i właśnie żona i dzieci odprowadzają go do jednostki. Chce pomóc utrzymać porządek i… Jeśli dobrze zrozumiałem tępić terrorystów na południu. Idzie na wojnę. Chyba tę kwestię zrozumiałem aż za dobrze. Na południu mieszkają albo raczej mieszkali Kurdowie. Teraz zostali przegonieni do Syrii i Iraku. Poznałem jednego, kiedy wynająłem u niego pokój. To było w 2014 roku. Opowiadał, że żyć trudno, choć jeszcze nikt nikomu bezpośrednio nie zagrażał. Teraz nie mogą już mieszkać w swoich domach rodzinnych, prowadzić interesów i żyć jak dawniej. Przeganiani są nie słowem a kulami karabinów.
– Terrorist? Where are the terrorists? – pytam zaskoczony tak zdecydowaną postawą.
W tej samej chwili przyjazny uśmiech zniknął gdzieś z twarzy mojego rozmówcy. Mówił coraz szybciej, a ja coraz mniej rozumiałem. W końcu zaczęło mu przeszkadzać i to, że turyści jeżdżą po jego kraju… motocyklami. Że nie znają Tureckiego. I że Polska czegoś tam nie dotrzymała czy może raczej mecz jakiś koszykówki wygrała. To bez znaczenia. Wyraźnie pije do nas. Wpadł biedaczysko w samonakręcającą się spiralę nienawiści i tak nakręcał się i nakręcał, aż głos podnosić zaczął i rękoma wymachiwać. Żona milczy, zajęta pilnowaniem dzieci.
Młodszy angielski zna lepiej ode mnie i od człowieka przede mną. Widzę kątem oka jak wsuwa ręce do kieszeni. Porozumiewawczo kręcę głową na NIE. Wiem co tam ma.
– Sorry – Przerywam w pół zdania, czerwonemu już na twarzy narwańcowi wypowiedź.
– Młodszy przynieś wodę – zwracam się do brata, podając mu pustą, plastikową butelkę.
Ten butelkę wziął i odszedł kilka kroków do kranu. Teraz narwaniec mnie miał przed sobą, Młodszego za plecami. To wystarczyło i na chwilę zmieszało niedoszłego napastnika, więc zgrabnie pożegnałem się bezdotykowo, na koniec dodając: si ju lejter.
Niespiesznie pozakładaliśmy na siebie ciuchy, kaski, rękawice i wjechaliśmy na asfalt, machając nacjonaliście na pożegnanie. Jaki smutny musi być los młodego człowieka owładniętego taką nienawiścią… Jak smutny musi być los żony, której mąż ją zostawi niedługo, z nadzieją na „słuszne” zabijanie innych ludzi, innych mężów i ojców…

Do Trabzon dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Od razu trafiłem do otelu, w którym kiedyś już nocowałem. Nazywa się wzniośle BULVAR PALAS OTEL. Ani przy bulwarze nie stoi ani to pałac. Po prostu otel. Wygód ma tyle akurat, żeby położyć gdzieś głowę na noc. Za to jest blisko wszystkiego.
Nawet nie trzeba wchodzić do środka, żeby załatwić formalności. Na nasz widok Mehmet** poderwał się z krzesełka po drugiej stronie ulicy i wita się jak ze starymi kumplami. Może to taki zwyczaj. Przecież nie może mnie pamiętać.
Mając zamiar zostać tu jeszcze jutro, przechodzimy do interesów. Jeszcze siedząc na motocyklach, targujemy cenę za pomocą kalkulatora. Nie dlatego, żeby było szybko. Upał zawsze daje się we znaki. Zadkom też. Po dzisiejszym odcinku każda zmiana położenia tej części ciała, to bolesne przypomnienie przejechanych kilometrów :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po prysznicu w łazience na korytarzu, idziemy szukać jedzenia.
Otel położony jest blisko bazaru, więc jest klimatycznie a na dodatek o jedzenie nietrudno.
W uliczce obok, w wejściu, stoi staruszek. Zaprasza nas do swojego małego baru na jedzenie, uśmiechając się przyjaźnie. Nie skorzystaliśmy z uprzejmości dziadka, bo idziemy w miejsce, gdzie poprzednim razem najadłem się pysznych rzeczy, łącznie z ostrymi, zielonymi papryczkami, których moc można ugasić tylko tamtejszym kefirem.
Ale… Zapomniałem o najważniejszym. Moje motocyklowe buty stają się sandałami. Schodzone, zjeżdżone, zaniedbane i popękane, domagają się natychmiastowej naprawy. Wiem gdzie jest szewc. Taki prawdziwy. Wracam do pokoju i za kilka minut jesteśmy w wąskiej, wyludnionej uliczce z kamienia. Wysokie, stare budynki nie przepuszczają promieni słonecznych i bronią dostępu hałasowi miejskiemu. Słychać tylko nasze ciche kroki po bruku a świadkiem naszego przemarszu jest stary, plamiasty kocur, siedzący pod ścianą. Ta uliczka to jakby zaplecze sklepów, które są po drugiej stronie budynków. Tylko jedna witryna jest niezbyt intensywnie oświetlona a drzwi uchylone.

Szewc
Ciasne pomieszczenie wypełnione starymi butami. Leżą pod ścianami w pozornym bezładzie. Na półkach poustawiane są gotowe do odbioru i te czekające na swoją kolej. Intensywny zapach butaprenu drażni nozdrza. Za dużą, zieloną, metalową maszyną, siedzi łysawy, brodaty mężczyzna. W kącie stoi jeszcze jedno urządzenie, niewiadomego przeznaczenia. Szewc chyba niedawno miał gościa. Na starym stole stoją dwie szklaneczki po herbacie. Teraz zajęty pracą, ledwo zauważył nasze najście. Czekam cierpliwie, aż maszyna skończy swoje terkotanie. Skończyła. Słychać tylko dźwięki z telewizora, uwieszonego pod sufitem. Mężczyzna wstał, wytarł czarne od gumy dłonie w spodnie i przywitał się z nami, pytająco zawieszając spojrzenie. Wie, że nietutejsi. Będzie łatwiej. Wyciągam buciory z torby i pokazuję gdzie dziury, gdzie się odkleja, gdzie nie ma już nici, pomagając sobie przy tym po polsku. Szewc jeden but wziął do ręki, pomacał, sięgnął do środka, wygiął czubek, powciskał palec w dziury. Przesunąwszy drugi bucior nogą do siebie, usiadł za maszyną na zydlu i nam gestem kazał zrobić to samo. Pod oknem witryny stara, kiedyś chyba bordowa wersalka. Miejsca jest tak mało, że wystarczy zgiąć kolana. Tu właśnie usiedliśmy.
Najpierw klej. Smaruje powyrywane miejsca, podpala zapalniczką i ściska całość rękoma. Maszyna znów się rozhałasowała, napędzana siłą mięśni. Szewc sprawnymi ruchami wsuwa bucior na prowadnicę i obraca nim, przywracając użyteczność. Kierunek szycia nadaje motylkiem nad igłą. Kiedy doszedł do czubka, zielona maszyna zamilkła. Jest za krótka. Zabiera szewc but i wsuwa go na błyszczący czubek maszyny, nad której przeznaczeniem się zastanawiałem. To maszyna do ratowania czubków :) Cała operacja trwała może piętnaście minut.
Teraz może nieprzemakalne nie będą, ale przynajmniej się nie rozpadną. Skleił i zszył nawet podeszwę, która oddzieliwszy się, chlapała przy chodzeniu, jak głodny krokodyl.
Rękodzielnictwo użytkowe. Mistrz wskrzeszania przedmiotów martwych.

Obrazek

Buciory wędrują z powrotem do pokoju na drugim piętrze otelu.
Znów mijamy tego samego starca, zapraszającego nas z drzwi swojej restauracyjki. Znowu uprzejmie odmawiamy, mając nadzieję na zieloną odmianę czuszki palącą podniebienie.
Po prawdziwej uczcie w niby zwyczajnym barze z kebabem wędrujemy do późnego wieczora po okolicy, podglądając życie mieszkańców Trabzon.
Żeby nie narażać się na oskarżenia o grafomanię, powstrzymam się od opisów i resztę miejsc, do których poszliśmy tego dnia, pokażę po prostu na kilku zdjęciach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mapy:

Obrazek

Obrazek

CF

* Pierwsza, poranna modlitwa muzułmanina.
** Imię zmyślone na potrzeby tekstu. Nigdy nie zapisałem tego prawdziwego.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na ś
Nieprzeczytany postZamieszczono: 18 lutego 2021, 23:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 maja 2013, 11:33
Posty: 497
:idea:


11 dzień. 30 kwietnia.
Turcja - Trabzon


10 km pieszo.

Włóczęgostwo

Obrazek

Obrazek

Tego dnia przemaszerowaliśmy ulicami Trabzon niespełna 10 kilometrów. Pełni nadziei na egzotykę bazaru, szukaliśmy miejsc starych i z przeszłością. Tutejszy bazar to jednak w większości chińskie, bezduszne produkty. Mimo to Młodszy znalazł jednak coś dla siebie :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Znów natknąłem się na ten sam ostatni ptasi konwój.

Obrazek

Obrazek

Chodziliśmy po pustych uliczkach i zatłoczonych. Trafiliśmy raz na zabudowę mieszkalną. Takie blokowisko.
Na jednym ze skwerów młodszy próbował coś zarobić.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Podglądaliśmy też, jak prawidłowo robi się selfi. Te nowoczesne smartfony potrafią naprawdę wiele poprawić.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wyciągnąłem z bankomatu resztę potrzebnej gotówki i wymieniłem na Dolary. Teraz już naprawdę mam tę sprawę z głowy.
Przy okazji szukaliśmy miejsca, gdzie mógłbym skopiować swoje karty pamięci, ale z mizernym skutkiem.


Kolacja
Po długim marszu uliczkami miasta, po raz kolejny dopadł nas głód.
– Chodźmy do tego poczciwca, co nas tak uprzejmie zapraszał. Nie wyglądał na krezusa, a w środku zawsze ktoś siedział. Ktoś miejscowy. Oni wiedzą, gdzie jest dobre jedzenie – Proponuję.

Miły staruszek wciąż w drzwiach, jakby czekał na nas. Łagodny uśmiech zawitał na porysowanej zmarszczkami twarzy. Usłużnie odsunął się, wpuszczając nas do środka.
Przekroczyliśmy próg, a ten od razu pokazuje nam sam koniec pomieszczenia. Na końcu jest kuchnia a w niej, jak to bywa, kucharz. Zdaje się, że to syn siwiutkiego właściciela.
Jesteśmy w kulinarnym potrzasku. Na wielkiej płycie cztery gary i kuweta. Za nimi, tuż przy lekko ochlapanym tłuszczem lustrze, zaschnięte resztki tego, co kiedyś wypadło z gotujących się potraw. Myślę, że dopiero datowanie radiowęglowe mogłoby w przybliżeniu określić wiek tych resztek. Na oko wygląda, jakby można by tu odnaleźć część pierwszego posiłku założycieli miasta.
W jednym aluminiowym garze coś jak zupa tylko oddzielona od atmosfery grubą warstwą oleju. W drugim garze ryż. Ryż jest przeważnie dwukolorowy i pozlepiany w grudy. Prawie białego jest więcej. Ten żółtawy z brązowym odcieniem gdzieniegdzie szkli się, jakby stary był i zeschnięty. Jest też trochę szklisto-szarego na brzegach. W kuwecie mieszanina czegoś podobnego nieco do gulaszu. Mięso, kartofle, warzywa. Nie ma co uprzedzać się niepotrzebnie, bo jakieś resztki jedzenia przy lustrze. W końcu z lustra jeść nie będziemy. Bierzemy.

Obrazek

Obrazek

Sam kucharz odprowadza zagranicznych gości do stolika. Za chwilę lądują na nim szklanki, miska, przyprawy. Właściciel, mocno kulejąc, bo okazuje się, że jedna nogę ma dużo krótszą, niesie w dłoniach pieczywo. Pieczywo przejęte przez kucharza, ląduje na stole. Bardzo lubię takie bułki. Kiedy są świeże, ciepłe jeszcze i pachnące piekarnią, można je jeść bez końca. Te jednak już swoje przeszły. Chrupią, nawet kiedy łamie się ich miąższ. Trochę pachną wilgocią, mimo, że suche.

Obrazek

Mamy tez i ryż. Chyba szczęście nas nie opuszcza, bo większość jest z grudy prawie białego. Jeszcze tylko Młody musi wyjąć kłak spomiędzy ziaren i możemy zajadać. Wszak talerze z daniami głównymi przyszły pierwsze.

Obrazek

A nie. Jeszcze sztućce.

Obrazek

Ryż niezbyt podoba się podniebieniu. Zyskuje na smaku dopiero po pierwszej łyżce tego co w talerzu. Dlaczego? Woń baraniego mięsa z nutą słodyczy początków rozkładu białka zwierzęcego i kwaskowaty posmak skiśniętej zupy zaskakuje. Tworzą razem bukiet bardzo intensywny i przywodzą na myśl wszystkie klęski kulinarne świata.
Maszyna stop. Ja tylko w ustach trzymam i to przez chwilę. Młodszy, jak pelikan przełknął niechcący. Jednak mimo ryżu… Z przerażeniem zauważam, że młodszy purpury nabiera, powietrza mu brakuje i ogólnie zachowuje się jakby środki odkrztuśne brał w nadmiarze. Tyle dobrego, że zdążył chusteczek nabrać, bo… A zresztą. Niech to zostanie tam skąd pochodzi :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po gruntownym przebadaniu łyżką szalonej potrawy, okazało się, że to wcale nie mięso, tylko coś jak tchawice pocięte, może jelita albo inne jeszcze nierozpoznawalne podroby. Cóż. Widać nie dla każdego miejscowa kuchnia jest wystarczająco dobra.
Właściciel przywołany w sprawie rachunku, widząc że nam nie idzie, ów rachunek wystawił tak srogi, że w zasadzie mogłem przymusić Młodszego do zjedzenia obu dań :) Uśmiech zniknął z twarzy starca a jego postawa zmieniła się diametralnie tuż po tym jak wydał resztę.
Bilans zero. Głodni przyszliśmy, głodni wychodzimy.
Po drodze do otelu natknęliśmy się na cukiernię. Cukiernia wynagrodziła z nawiązką i męstwo Młodszego i moje poświęcenie. Baklawa, baklawa i jeszcze raz baklawa. No i jeszcze lody.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Lubię Tabriz. Tu za każdym razem coś ciekawego się dzieje.

Mapy.

Obrazek

Obrazek

CF


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na ś
Nieprzeczytany postZamieszczono: 20 lutego 2021, 17:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 maja 2013, 11:33
Posty: 497
:idea:

12 dzień. 1 maja.
Turcja. Trabzon – Posof.

95995–96434
439 km.

Rytuał

W uliczkę wjeżdża biały pickup. Opony hałasują po bruku, mącąc dotychczasową ciszę. Zatrzymuje się i silnik diesla gaśnie. Z auta wysiada mężczyzna w sile wieku. Biała koszula, spodnie w kant, czarne, błyszczące pantofle. Kluczem przekręca zamek w ścianie i szeroka, harmonijkowa brama z blachy z łoskotem podnosi się, ukazując przestronny magazyn. Z kąta mężczyzna bierze miotłę i zamiata wolne miejsce na podłodze. Resztę powierzchni zajmują worki z mąką, puszki z olejem albo oliwą i inne pojemniki z niewiadomą zawartością. Drobiny kurzu wzbijają się w powietrze. To, co zostało, skrzętnie zbiera na szufelkę i wyrzuca do worka na śmieci. Teraz odkręca wodę i szlauchem polewa zamiecione miejsce. Słońce już oświetla okna ostatnich pięter budynku. Za dwie godziny będzie gorąco. Wszystko robi bez pośpiechu i dokładnie. Tak zachowuje się ktoś, kto od dawna powtarza te same czynności. W końcu wynosi na próg magazynu taboret, siada na nim i zapala papierosa, czekając na nadchodzący dzień. Dopiero teraz zauważył nas i w geście pozdrowienia kiwnął głową, zaciągając się dymem.
Każdy z nas ma swoje rytuały.
Właśnie skończyliśmy ciabatę i dopiliśmy po drugiej herbacie. Więcej nie da się przedłużać tej chwili. Nadszedł czas na nasz rytuał. Wracamy do otelu.

Obrazek

Obrazek

20 kilometrów przed granicą z Gruzją, w Hopa, sznur TIR'ów. Odbijamy na południe. Tym sposobem zostanie nam nie dwadzieścia, a trzysta kilometrów do granicy.
Jeszcze trochę paliwa mamy, ale odruchowo zjeżdżam na pierwszą napotkaną stację. Takie przyzwyczajenie. Jedziesz w góry, musisz mieć dużo benzyny, choćby to była Turcja.
I dobrze się stało. Tuż obok zajazd, a w nim jedzenie i kawa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest około dziesiątej, a termometr na stacji już pokazuje 30 stopni. Upał jest męczący tym bardziej że w powietrzu czuć wpływ wilgoci znad morza. Liczę, że wyżej będzie chłodniej. I na logikę tak powinno być. Jednak razem z wysokością, temperatura wcale nie maleje.

***

GPS wyświetla bazgroły, jakby dziecko uczyło się rysować. Serpentyny mnożą się na wyświetlaczu. Przerwy robimy częściej niż zwykle. Żeby rozprostować kości, ale i nie sposób nie zatrzymać się, żeby podziwiać przyrodę.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Co jakiś czas rozdzielamy się. A to mi się coś spodoba albo Młodszemu zachce się zrobić zdjęcie. Droga nie ma rozjazdów, więc się nie pogubimy.
Właśnie Młodszy został w tyle, kiedy pomyślałem, że mimo braku cienia, warto zatrzymać się na krótką sesję. Widać stąd zalesione wzgórza, przecinające je drogi a w tle jakby za lekką mgłą morze.
Pod kołami już chrzęści żwir, już zwalniam, hamuję, ale o centymetr za bardzo przechyliłem się w prawo. Utrzymałbym, ale żwir tu owalny, z otoczaków. Działa prawie jak kulki. But uśliznął się. Powoli, powoli, tracąc siły w martwym ciągu, położyłem motocykl. Dobrze, że przy tym sam się nie rozjechałem na kamieniach, bo od tej pory robiłbym szpagaty na poczekaniu.
Parsknąłem śmiechem na swoje niedołęstwo. Sam nie podniosę go bez zdjęcia bagażu. Poza tym w takiej spiekocie nie chce się robić więcej niż trzeba. W takim oto stylu przegrałem po raz kolejny z grawitacją.
Za kilka dosłownie chwil słyszę motocykl Młodszego. Pewnie nie zauważyłby mnie, gdyby nie przyciągnął jego uwagi ten sam widok.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


***

Pijemy zimne napoje siedząc na krawężniku. Automatyczne drzwi stacji benzynowej otwierają się i zamykają co chwila. W innym miejscu nie ma cienia.
Na tyłach stacji barierka oddzielająca betonowy placyk od przepaści. W dole sztuczny zbiornik otoczony wzniesieniami.

Obrazek

Obrazek

Dalsza droga to same niewiadome. Nie wiadomo czy jechać, czy zatrzymywać się co chwila, żeby podziwiać surową przyrodę albo konsekwencję ingerencji człowieka w majestat gór.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Im jesteśmy wyżej, tym bardziej zalew ściskany jest przez góry. W końcu zostaje wąska rzeka w kanionie.
Tony wody uwięzione w skalnym korycie, wściekle przewalają się przez głazy. Huk rzeki w kolorze kawy z mlekiem zagłusza nawet silnik motocykla.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kilka kilometrów dalej i nieco wyżej, wypłukany muł spływający razem z roztopionym śniegiem z wysokich gór, niechętnie miesza się z właściwą rzeką.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


***

Szerokie łuki, ciasne serpentyny, pustkowia i wioski, nie pozwalają się nudzić. Od momentu jak odbiliśmy na południe w Hope, jeszcze nie jechaliśmy w dół.
Teraz dopiero czuć, że upał zelżał. Widać dokąd wiosna sięga swoim ciepłym tchnieniem. Powyżej tej wyimaginowanej linii zalega stary śnieg, porzucony przez odchodzącą zimę.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Cieśninie, czy może głód, albo lekkie odwodnienie, na chwilę porozłączały nam synapsy.
Głupawka powinna znaleźć się w leksykonie chorób o podłożu psychicznym. Właśnie mamy atak. Durny śmiech do łez niesie się daleko, daleko. Młodszy zwija się ze śmiechu, aż utrzymać pionu nie może. Ja oparty o śnieżną ścianę utrzymać się mogę, ale za to czuję, jak siada mi psychika. Żaden oczywiście nie wie z jakiego powodu ten atak.
Nagły, niekontrolowany impuls. Z tego śmiechu przyrżnąłem z całej siły w ścianę za mną. Na moje nieszczęście był mocno ubity i ledwo się poddał. Na ułamek sekundy odcięło mi wizję.
Niezbadane są śniegi Gór Kaçkar… Tak jak niezbadane są ścieżki ewolucji... :D
Jeszcze kilka zdjęć i ruszamy. Za 200 metrów stop. Zza góry przy której tak świetnie się bawiliśmy, wypływa na nas sina chmura. Natychmiast zrobiło się zimno, wietrznie i mokro. Trzeba się doubrać.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na przełęcz Çam (Çam Geçidi)* wjeżdżamy jak do innego świata. Po słońcu zostało wspomnienie. Śnieg z deszczem, nisko zawieszone, szaro-bure chmury i silny wiatr na otwartej przestrzeni. GPS pokazuje ponad 2400 m npm, a temperatura obniżyła się znacznie poniżej komfortowej. Stawiam, że jest jakieś 5 stopni.
Czasem wiatr napędza taką ilość chmur, że robi się niemal jak w nocy. Dookoła leje a wody opadają na pola i wioski. Czasem któraś z komórek potężnie rozbłyśnie piorunem. Gwałtowność tego procesu przyprawia o ciarki a jego bliskość i ogrom chmur, mimo wszystko o zachwyt.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jechaliśmy w górę, teraz będziemy zjeżdżać w dół. Na naszej drodze miasto Ardahan. Tutaj wyszukaliśmy bankomat, bo Młodszemu kończy się gotówka i jadłodajnie z kebabem, bo jesteśmy głodni. Jemy przy ulicy, kiedy zaczepia nas młody, chuderlawy Szwajcar. Po krótkiej rozmowie okazało się, że przyjechał tu ze swojego kraju… rowerem. Biorąc pod uwagę nachylenie podjazdów i trudne warunki… Poziom dzielności 10/10. Podziwiam ludzi, dla których nie ma przeszkód, a idea i jej spełnienie jest świętością.
Do granicy zostało około 90 kilometrów. Możemy nie dojechać przed zmrokiem. Nie dojedziemy na pewno. Z drugiej strony za wcześnie na szukanie noclegu.

Obrazek

Za Ardahan, znowu się wspinamy. Wioski wyglądają na coraz biedniejsze a budynki stare i zaniedbane. Są też miejsca wyglądające na koczowiska. Namioty z plandeki albo grubej folii. Wokół koczowisk, pełno niewiadomego pochodzenia gratów w bezładzie.

Obrazek

Obrazek


***

Do zachodu słońca za horyzont jeszcze półtorej godziny. Za chwilę opadnie za ośnieżone szczyty. Lodowaty wiatr smaga policzki. Ciężkie chmury tuż nad głową przewalają się, ciskając deszczem to znów śniegiem kłującym jak szpilki. Zdrętwiałą dłonią ledwo wyczuwam aparat i spust migawki.
Świst wichru zawodzi złowrogą nutą. Trzeba by krzyczeć, żeby coś powiedzieć. Dwóch facetów patrzy jak odległa, nieogrzewająca już gwiazda gaśnie, oddając tę część świata we władanie nocy. Zimno przenika pod kurtkę, kłuje w uszy, szkli oczy. Wiatr napierając nieregularnie, powoduje, że kiwamy się w rytm mroźnych podmuchów. Tylko my jesteśmy dowodem na istnienie wichru.
Krwawy zafarb światła rozlewa się po śniegu. Obraz nabrał ponurego życia, fantazyjnych form, dramatycznych kształtów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


***

Asfalt, choć marny i dziurawy lepiej kiedy jest. Remontowana droga, tam gdzie asfaltu już nie ma, powoduje, że trudno jest utrzymać kierunek na wprost na wzdłużnych, drobnych koleinach.

Na dnie doliny majaczą światła miasteczka. Zjeżdżamy serpentynami, a drogę oświetlają już tylko reflektory motocykli. Pod górę wdrapują się załadowane ciężarówki. Trzeba uważać, żeby nie być w zakręcie jednocześnie, bo się nie zmieścimy. Ostatnią prostą łagodnie zjeżdżamy do Posof. Nie od razu jednak mogliśmy poszukać noclegu. Z ciemności pobocza wyłania się sylwetka żołnierza. Teraz lepiej widać. Wyszedł z budki wartowniczej. Zatrzymuje nas machaniem latarki. Żołnierzy jest więcej, tylko są pochowani za workami z piaskiem. Zza jednej z prowizorycznych fortyfikacji wystaje lufa karabinu maszynowego. Może przypadkiem, może nie, teraz celuje prosto w nas. Tuż za posterunkiem dwa wozy bojowe i jedna terenówka. Skąd, dokąd, po co, dlaczego, gdzie dokumenty itd. Standardowe pytania. Turystów puszczają. Kiedy dokumenty wróciły z kontroli, możemy jechać dalej. Z łoskotem łańcuch opada na asfalt. Nie widziałem go wcześniej.

Wiem, gdzie jest otel. Dlatego tak pewnie jechaliśmy do Posof. Skręcamy w prawo i łagodny łuk prowadzi nas prosto na miejsce. Pewnie wjeżdżamy przez otwartą bramę i szlaban. Jesteśmy w połowie drogi do drzwi recepcji a tu jakiś ruch. Nagle mocne światło oświetliło cały plac. Trzech żołnierzy biegnie do nas, zdejmując broń z ramion. Nie celują. Zatrzymujemy się. Wszystko mówi się po turecku. Nic nie rozumiem. Teraz uświadamiam sobie, że w oknach otelu ciemno. Przyszedł ktoś starszy stopniem. Zna angielski.

- Wtargnęliśmy na teren jednostki wojskowej — tłumaczy Młodszy.

- Jakiej jednostki? To otel.

Okazało się, że otelem był. Teraz to koszary. Nieporozumienie. Ów dowódca cierpliwie wytłumaczył, gdzie jest inny otel. Przeprosiliśmy za wtargnięcie, chociaż każdy by wtargnął, mając pewność dokąd jedzie.

Latarnie działają, ale nie wszystkie. Poza tym chyba obowiązuje tu coś w rodzaju godziny policyjnej. Na ulicach ani żywej duszy, oprócz jeszcze jednego patrolu. Żołnierze zatrzymali nas tylko na chwilę. W końcu turyści jadą do otelu. W budynkach ciemno. Jeśli gdzieś się świeci to widać to tylko przez szpary zaciemnionych okien.

Bez trudu trafiliśmy we wskazane miejsce.
W dolinie nie wieje i przestało padać. Jestem pewien, że jutro będziemy w Gruzji.

Obrazek

Mapy

Obrazek

Obrazek

Obrazek

CF

* Çam Geçidi — jedna z najwyżej położonych utwardzonych dróg w Turcji.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na ś
Nieprzeczytany postZamieszczono: 21 lutego 2021, 10:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 grudnia 2011, 12:58
Posty: 2811
Lokalizacja: Dęblin, Wawa.
Cały czas czekam na to najgorsze miejsce ale jak widzę foty to niecierpliwie się coraz bardziej :)

_________________
Był Junak M10, potem xt600z i xtz750 aż w końcu przyszło nawrócenie, lc4620 sc, exc520, a teraz Obrazek
WSK jest nadal :)
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na ś
Nieprzeczytany postZamieszczono: 21 lutego 2021, 10:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 maja 2013, 11:33
Posty: 497
:idea:

No coś Ty. Najgorszego nie będzie. Po takie to na jakąś straszną wojnę trzeba by pojechać.
Będzie za to najgorętsze :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na ś
Nieprzeczytany postZamieszczono: 21 lutego 2021, 21:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 maja 2013, 11:33
Posty: 497
:idea:


13 dzień. 2 maja.

Turcja (Posof) – Gruzja (Akhaltsikhe)

96434–96472
38 km.

Rano, Posof ożyło. Sklepy otwarte, jeżdżą samochody, dzieciaki kręcą się po ulicy. Słychać rozmowy. Nie ma śladu po wczorajszym, ponurym, zaciemnionym miasteczku. Może oprócz często przejeżdżających radiowozów. Młodszy tak zapakował bagaż, że zapomniał o nadmiarze taśm.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Granica w Türkgözü* już otwarta, czyli jest po dziewiątej. Po tureckiej stronie jak zwykle biurokracja i inwigilacja. Celnicy przeszukują autobusy, osobówki i bagaż. Zadają pytania. Dużo pytań. Byłem przygotowany na rewizję, ale nam idzie jakoś łatwiej. Kontrola przed szlabanem, kontrola tuż za nim. Teraz trzeba podjechać do budynku. W środku trzy okienka i krótkie kolejki. Nas interesują dwie. Na koniec kontrola kontroli. Celnik oddaje nam dokumenty i jesteśmy na ziemi niczyjej. Ziemia niczyja ma tutaj sto metrów szerokości. Wszystko trwało 10 może 15 minut.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Nie zsiadając z motocykla, podaję dokumenty gruzińskiemu celnikowi.
- Gruzja to formalność - myślę.
Tym razem jednak coś nie zadziałało i zsiąść muszę. Młodszy zresztą tak samo. Celnik pyta, skąd jesteśmy, mimo że ma paszporty w ręku. Skąd jedziemy, dokąd jedziemy, Dlaczego tędy. Pojawił się drugi urzędnik i zaczęli rozprawiać nad dokumentacją. W końcu jeden bierze smartfon i fotografuje paszporty. Chyba chce zdjęcia przesłać komuś. Nie mogą gdzieś się dodzwonić.
- Wszystko w porządku, ale musicie poczekać – zapewnia jeden z nich.
Przestawiamy motocykle pod ścianę budynku, siadamy na krawężniku i czekamy.
Chyba dla oka, zjawia się celnik w cywilu. Pyta, czy mamy leki. Rozpakowujemy tak skrzętnie pakowany bagaż. Ten przebiera, ogląda, czyta, wącha, otwiera i zamyka opakowania od proszków przeciwbólowych, spirytus salicylowy, wodę utlenioną, płyn fizjologiczny do przemywania oczu i co tam jeszcze było. To samo u Młodszego. Pogadał, pogadał i poszedł.
Jest duszno. Wilgoć wczorajszych opadów teraz podnosi się z ziemi i nasącza powietrze jak gąbkę. Samochody podjeżdżają i odjeżdżają. Zatrzymywane do wyjątkowo dokładnej kontroli są tylko te na numerach irańskich. Raz podjechał pusty autobus. W ścianie budynku duże okna. Obserwujemy, jak wszyscy pasażerowie są przeszukiwani, a ich bagaż wyjęty z autokaru, przejeżdża przez urządzenie do prześwietlania. To samo z kierowcą osobówki. Przeglądanie bagażu, rewizja osobista kieszeni, grzebanie w schowkach i w miejscach mogących służyć za schowki. Po kilku minutach auto puste a obok auta mała hałda różności z kołem zapasowym i narzędziami włącznie.
Wiedząc, że dziś przejedziemy całe 40 kilometrów, nie zabraliśmy ze sobą nawet wody. Minęło tyle czasu i siedzenia w tej saunie, że chyba pora zapytać o powód naszego tu tkwienia. Celnik z okienka na to: Proszę czekać. W porządku. Nie trzeba pokazywać po sobie zniecierpliwienia. Szczególnie na granicy.
Po tym pytaniu celnik chyba po prostu przypomniał sobie o nas. Zadzwonił i za chwilę pojawił się pracownik w cywilu. Ten sam, który sprawdzał leki. Odebrał dokumenty z budki i oddając je, życzył nam szerokiej drogi. Po prostu. Nigdy nie dowiemy się, dlaczego nas przetrzymano. Uznaliśmy, że to przez złowrogo brzmiące tu nazwisko i na dodatek to samo nazwisko :)
Pół kilometra za granicą stacja benzynowa. Młodszy tankuje, a ja wymieniam pozostałość tureckich Lirów na Gruzińskie Lari.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W miasteczku o bardzo trudnej nazwie Akhaltsikhe znaleźliśmy hotel. Tu zostawiamy motocykle i idziemy szukać chinkali.

Obrazek

Tak powinienem napisać. Zanim jednak wyszliśmy, zdemolowałem nasz dwupokojowy apartament :) Ubierając się, dla wygody, oparłem się o ścianę.
Nagle ściana poruszyła się i z hukiem przewróciła. Nawet nie na podłogę. To nie ściana. To wielka szafa, której część wystawała za framugę drzwi. Jej góra zawisła nad wykładziną, wrzynając się w gipsowo-kartonową ścianę naprzeciw. Remont i sprzątanie potrwały ze dwadzieścia minut. To nie pierwszy lot szafy. Na ścianie jest więcej szram od szafociosów.

Obrazek

Jutro Młodszy ma urodziny, które uczci dzisiaj. Gruzińskie pierogi z mięsem i rosołem w środku, zwane tu chinkali mają zastąpić tort.

Obrazek

Obrazek

W swojsko wyglądającej knajpie jemy przysmaki kuchni gruzińskiej. Młodszy koniecznie chciał spróbować tutejszego alkoholu. Za chwilę na stole lądują dwie małe szklaneczki bimbru, bo całej butelki odmówiliśmy. Cóż… Zdjęcia mówią same za siebie. Myślę, że tak może smakować paliwo lotnicze albo destylowany mazut. Dla pewności zamówiliśmy to samo tylko inny gatunek. Nic się nie zmieniło. Tak samo pali przełyk, wykrzywia twarz w grymas i smaku innego niż poprzedni nie ma. Nie mam pojęcia, jak można się alkoholizować częściej niż sporadycznie. Nie wiem, po co w ogóle... Niech dowodem na zły wpływ różnych rtunków będzie fakt, że Młodszy nie mógł przypomnieć sobie, ile jutro skończy lat :D

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wyszliśmy z baru akurat, kiedy burza straciła na sile. Nawet jej nie zauważyliśmy, będąc w środku.
Po drodze do hotelu młodszy zaopatrzył się w dwie pamiątki, bo jutro wraca do domu. Te pamiątki to... dwa wina.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mapy

Obrazek

Obrazek

CF

*Teraz, kiedy to piszę, granica w Türkgözü, otwarta jest całodobowo.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na ś
Nieprzeczytany postZamieszczono: 24 lutego 2021, 20:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 maja 2013, 11:33
Posty: 497
:idea:


14 dzień. 3 maja.
Gruzja - Armenia


96472–96942
466 km

Siąpi. W Polsce jest 5:30. Tutaj dwie godziny później. Stoimy we dwóch przed hotelem, żeby zrobić ostatnie wspólne zdjęcie.
Dziś Młodszy kończy 22 lata i dziś zaczyna się jego powrót do Polski. Zbytnio się nie martwię. Pewne doświadczenie ma, bo i rowerem przejechał dookoła Grecji, sypiając gdzie popadnie i stopem do Stambułu dojechał, kiedy się tam umówiliśmy. Najlepsze jest to, że wtedy tak się zsynchronizowaliśmy, że różnica w przybyciu na miejsce spotkania wyniosła raptem 2 godziny. Później jeszcze wywiozłem go w dogodne do stopowania miejsce.

Obrazek

Obrazek

Jak tak patrzę na niego… Co robiłem, mając 22 lata? Gdzie byłem? Chyba kończyłem służbę wojskową. Może wyszedłem już i szukałem pracy? To znaczy, że robiłem to, co większość i marzyłem jak większość o tym, co większość. O bezsensownych rzeczach, które nie wnoszą nic konkretnego do życia.
Młodszy udowodnił na tym wyjeździe, że można na nim polegać, jest odporny na stres i mimo pozorów beztroski, ma na czym czapkę nosić.
Zazdroszczę mu beztroski. Nigdy nie złapał kapcia i nie miał awarii motocykla, nie licząc przepalonej żarówki. Przez to narzędzia ma schowane w najciemniejszy kąt bagażu, bo przecież się nie przydadzą. Zazdroszczę beztroski podróżowania :)

Obrazek

W centrum Achalciche sklep. Młodszy kupił tu śniadanie. Rozmawiamy, kryjąc się przed deszczem pod zadaszeniem stacji benzynowej. Udzielam wskazówek, ostrzegam, przewiduję i doradzam. Czy to potrzebne? Nie wiem. Młodszy udaje, że słucha a ja udaję, że się nie przejmuję jego powrotem.

Obrazek

Ostatnie namaszczenie i ruszamy.

Obrazek

Rozstajemy się na dobre na głównym rondzie miasteczka. Młodszy jedzie w kierunku granicy z Turcją, ja w stronę granicy z Armenią.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


***

Kręta droga wycięta w skałach wzdłuż rzeki. Jest chłodno a deszcz popaduje. Chyba że słońce wyjrzy zza chmur. Wtedy natychmiast robi się parno.
Mimo nierównego asfaltu jedzie się doskonale. Soczysto-zielona trawa porasta łagodne wzgórza, na których pasą się krowy, czasem owce. Gdzieniegdzie leżą kamienie na drodze. Nie wiem, czy to po zimie, czy od lekkiego trzęsienia ziemi, o które tu łatwo, czy może erozja zrobiła swoje. Na kamienie trzeba uważać.

Obrazek

Droga wije się wzdłuż rzeki Kury, aż do twierdzy Chertwisi. Tam droga i Kura rozstają się. Koryto prowadzi swoje wody dalej na południe, a przy drodze którą jadę, zostaje Parawani, mniejsza, ale równie rwąca wiosną, siostra Kury.

Obrazek

Obrazek

Deszcz nabiera na sile. Jest zimny i kiedy nie ma asfaltu, robi dużo zamieszania. To znaczy mam kłopot z utrzymaniem motocykla w pionie.
Miałem jechać do granicy Gruzińsko – Armeńskiej, ale mimo GPS… Zorientowałem się, że zabłądziłem i jestem 15 kilometrów przed małą granicą z Turcją, w pobliżu jeziora Khozapini. Muszę założyć przeciwdeszczówki. Zatrzymałem się i… Domy są, droga też. Nie ma tylko ludzi i nie szczekają psy. Nie jeżdżą samochody. Dziwnie tu jakoś, nienaturalnie. Silny wiatr chce zabrać kurtkę, a deszcz zaraz zamieni się w grad albo śnieg. A przed chwilą widziałem i samochody i ludzi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pogoda zmienia się nadzwyczaj szybko. W drodze powrotnej do Achalkalaki w jedną chwilę chmury rozwiały się, zniknęły niemal wszystkie, zalewając szaroburą okolicę słońcem. Tylko deszcz nie przestaje padać. Tak. Słońce i deszcz jednocześnie. Mimo to mogę wyjąć aparat. Nie trwa to jednak długo.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

***

Kto przekraczał granicę Zhdanovakan - Bavra, ten wie, że ostatnią rzeczą, jaką zobaczy w Gruzji, jest jezioro Madatapa. W słońcu jest o wiele więcej do zobaczenia.

Obrazek

Teraz trzeba ominąć nowy, jeszcze nieskończony budynek terminalu.

Obrazek

Kiedy się dojedzie, strona gruzińska to formalność i za chwilę jestem w strefie neutralnej.

Obrazek

Znów nieczynny, czekający na dokończenie budynek.

Obrazek

Jak to na budowie bywa, droga jest wyboista i ma dziury, za to nie ma asfaltu. W zasadzie to jedno wielkie bajoro, błoto i koleiny. Żadna to trudność, chyba że dziury są niewiadomej głębokości i zalane są po brzegi wodą.
Chcąc ominąć wielkich rozmiarów rów z błotem, muszę przejechać jego krawędzią. Jak po grobli. Po drugiej stronie grzęzawisko. Z wrażenia dodaję za mało gazu, motocykl gaśnie i… Ruszę albo runę, bo tylne koło już się ześlizguje, a ja utrzymuję równowagę palcami jednego buta i chyba siłą woli. Jak się przewrócę to w tej brei na pewno utopię wszystko, co mam.
Ruszyłem, ale koło i tak zsuwa się w dół. Strach ma wielkie oczy. Kałuża zabrała mi motocykl do wysokości osi koła, ale na dnie twardo.

Dalej już łatwo. Trochę mokrego piachu, trochę błota, koleiny. Wyprzedziłem nawet TIR-a, po rozsypanym grubym żwirze, który właśnie ruszył. Jeszcze ominąć opuszczony albo może niedokończony budynek i po długiej prostej i kleistej drodze, docieram pod dach terminalu armeńskich pograniczników.

Obrazek

Ale to łatwe! Prosi o paszport. Oddaje paszport. Odbieram paszport. Drugie okienko to samo, plus dokumenty motocykla. Gotowe. Gdzie te wszystkie zawiłości? Gdzie biurokracja?
Ano jest. Pod dachem celnicy sprawdzili tylko, czy mam dokumenty i czy warto, żebym pojechał dalej do ścieżki zdrowia.

Obrazek

Ścieżka zdrowia.
Dwieście metrów dalej szlaban. Wychodzi z budki mundurowy. Mam odstawić motocykl na bok. Żeby wjechać do Armenii, potrzebny jest wremiennyj wwoz. Według mojej wiedzy to jednorazowe zezwolenie na czasową odprawę celną środka transportu. Ważna rzecz.

Obrazek

Obrazek

Celnik zabiera dokumenty i zamyka swoje okienko. Stoję tak jakieś 20 minut, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Zorientował się chyba, bo po drugim pukaniu otworzył, wręczył mi kartkę i każe iść do budynku po drugiej stronie drogi. Tam jest bank.

Obrazek

Bank to mały pokoik w korytarzu. W pokoiku przy drewnianym stole siedzi mężczyzna w cywilu. Na ścianach wiszą kartki, fiszki, karteluszki, tabele, zegar elektroniczny. Wisi też tablica z aktualnymi kursami walut i nie ma miejsca na nic więcej. Czyli to banko-kantor. Obok bankiera w swetrze kopiarka, a przed nim archaiczny monitor komputera. Z tyłu w kącie niewielka szafa pancerna. W powietrzu unosi się ciężki, papierosowy dym. Popielniczki nie zauważyłem nigdzie.
Bankier z namaszczeniem wymienia moje 10 dolarów na Dramy. Z tej sumy zabiera równowartość 8 Dolarów i resztę oddaje. Wpisuje naszą transakcję do formularza i do swojego notesu. Z formularzem idę do okienka w tym samym korytarzu. Tutaj urzędnik potwierdza wpłatę. Z potwierdzonym potwierdzeniem idę do jeszcze jednego okienka i tam dostaję pieczątkę największą. Stąd mam iść tam, gdzie zacząłem moją przygodę z wremiennym wwozem.

Mam świadomość, że mundurowy widzi, że się pojawiłem, więc już nie pukam, bo może zajęty jest zawiłymi procedurami innego przypadku. Za kilka minut wyręczył mnie kierowca osobówki, który robił to samo przede mną. Podszedł i bezpardonowo łomocze w okno. Okno otwarte. Celnik wcale nie był zły na to walenie. Przyjął mój formularz i waliciela jednocześnie. Załatwione.

Obrazek

Teraz mam przejechać za szlaban i przejść kontrolę bagażu. Tutaj trzeba swoje odczekać, aż ktoś przyjdzie. Mogę czekać. Deszcz przestał padać i wyszło słońce. Zrobiło się parno.
Bagażu nikomu nie chce się kontrolować na szczęście. Nie, żebym miał coś przeciwko. Po prostu wszędzie błoto. Celnik sprawdza tylko moją kartkę za 8 Dolarów i pokazuje, że mogę jechać. Odjeżdżam nie za daleko. Na poboczach drogi stoją budki z agentami ubezpieczeniowymi. W Armenii trzeba mieć ormiańskie ubezpieczenie pojazdu, a zieloną kartę można schować głęboko, bo tu się nie przyda.

Obrazek

W środku jak w piekle. Grzejnik rozkręcony maksymalnie. Do tego blaszak rozgrzewa się od słońca. Młody chłopak w szaliku i swetrze z chustką przy nosie. Kicha, prycha i kaszle. Mimo to zaprasza do środka. Muszę pozdejmować z siebie trochę ciuchów, bo gorąc dociera już przez wszystkie warstwy. Chłopak proponuje herbatę i ciastka. Nie wypada odmówić, choć chcę już jechać, jechać, jechać. Tak więc on wypełnia, a ja czekam. W międzyczasie rozmawiamy. Najkrótszy czas ubezpieczenia to 10 dni. Kosztuje 13 Dolarów.
Przedostanie się do Armenii, zajęło mi około dwóch godzin w czasie, kiedy na granicy panował mały ruch. Gdyby była kolejka, pewnie zdążyłbym zgłodnieć a może i wyspać się :)
Nagrodą za czekanie jest górzysta kraina, która swoje drogi prowadzi wśród dziewiczych gór w surowym klimacie wyżyn. Warto było czekać.

Obrazek


***

Droga wspina się, to znów opada wśród łagodnych wzniesień usłanych łąkami. Śniegu już prawie nie widać.
Słońce suszy drogę. Jest ciepło. Armenia pokazuje łagodne oblicze słonecznej krainy.

Obrazek

Ujechałem tak może dwadzieścia kilometrów, kiedy Armenia zmieniła swoje oblicze i z całą mocą okazała swoją gwałtowność. Sino-czarna ściana chmury burzowej nakryła ziemię swoim ciężarem. Znów zerwał się wicher. Strugi deszczu natychmiast zalały drogę. Nie ma mowy, żebym zdążył założyć przeciwdeszczówki. W jedną chwilę jestem cały mokry. Pioruny, jeden za drugim, rozświetlają na ułamki sekund zalany wodą świat. Każdy grzmot dudni jeszcze chwilę w uszach. Woda nie nadąża spływać z jezdni i w tę wodę zaczynają walić kawałki lodu. Grad. Uderza w kask w szybę kasku, w szybę motocykla. Rozbryzguje się na asfalcie i tworzy spływającą kaszę. W rozbłyskach piorunów droga wygląda, jakby woda się gotowała na niej. Motocykl to nie puszka Faradaya jak samochód. Rozsądek podpowiada, żeby gdzieś się schować. Żeby uciekać.
Mała stacja benzynowa to jedyne cywilizowane miejsce na pustkowiu. Chowam się na myjni ręcznej pod daszkiem. Chłopak z obsługi woła mnie do budki z kasą. Odmawiam uprzejmie. Mimo że daszek jest z blachy falistej i grad robi potworny hałas, mimo że przemoknięty dygoczę z zimna, zjawisko jest wręcz hipnotyzujące. Takie burze nie są codziennością. Nie tam gdzie mieszkam. O aparacie przypomniałem sobie pod koniec przedstawienia.
Kilkanaście minut później, kiedy po Armagedonie został tylko deszcz, mogłem odjechać ze stacji. Kilometr dalej burzę widziałem już tylko w lusterku. Słońce znowu oświetliło ziemię.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

***

Przed Erewaniem.
Pusta droga na pustkowiu. Wiem, to taki pleonazm, ale doskonale określa miejsce, które mijam. Połatany, nierówny asfalt wymusza ślimaczą jazdę między przeszkodami, albo taką prędkość, żeby „przepływać” przez wystające placki po wielu naprawach nawierzchni. Zapomniana droga. Sporadycznie tylko wymijam się z miejscowym autem.
Wokół wzgórza. Tu wiosna dopiero zacznie siać życie. Większość łąk jakby dopiero co odkrył stopiony śnieg. Ziemistego koloru połacie, ciągną się w nieskończoność i ani jednego drzewa. Taka jest wyżyna Armeńska. Nieprzewidywalna pogoda, pustkowia bez żywej duszy i niecodzienne dla turysty widoki.
Przyznacie, że można stracić czujność w takich okolicznościach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po serii zakrętów, długa prosta. W oddali widać kształt samochodu. Kiedy jest dość blisko, widzę też migające koguty na dachu. Policja. Tak ma tutaj każdy radiowóz będący w ruchu. Ten jednak oprócz koguta wydaje niecodzienne odgłosy przez megafon. Nie będąc pewnym czy to do mnie, ujechałem jeszcze kilkaset metrów. Dopiero kiedy zobaczyłem w lusterku, że radiowóz zawrócił, zatrzymałem się. Radiowóz stanął za mną. Podszedłem pierwszy.
Przekroczenie prędkości. Radar pokazał 110 km/h. Cóż. Kto nie jeździ, ten nie płaci. Zapłacę — myślę.
Z bagażnika jeden policjant wyjmuje kartkę A4. Na kartce tabela z wypisanymi cenami mandatów za przekroczenie różnych prędkości. U nas nazywamy to taryfikator. Z tabeli wynika, że jestem winien służbiście 90 Dolarów.
Coś mi tu nie pasuje. Kartka jak psu z gardła wyjęta a kwoty w Dolarach i Euro, ale nie w Dramach. No i ani słowa w miejscowym języku pisanym z fantazyjnych zawijasów. No to już wszystko wiem. W Armenii korupcja jest na porządku dziennym. Muszę coś wymyślić, bo mnie oskubią.
Pokazuję palcem moją część tabeli.
- Nie mam pieniędzy – mówię tyle, co umiem po rosyjsku, a resztę po polsku. W ogóle w ten sposób nasza rozmowa się potoczyła. W polsko-rosyjskim.
- Prawo jazdy – głośno wydaje polecenie drugi z policjantów, wyciągając rękę z okna radiowozu. - Prawo jazdy, paszport – poprawia się, kiedy podszedłem.
Udaję, że nie rozumiem. Jeśli dostaną dokument do ręki, jestem zgubiony.
Powtórzył swoją kwestię jeszcze dwukrotnie, zanim niechętnie wyjąłem z saszetki na szyi międzynarodowe prawo jazdy. W sumie to nic niewarta książeczka, służąca do potwierdzenia uprawnień, a nie zastępująca je. Stary wyjadacz wie o tym i z pogardą macha ręką.
- Plastik – upomina.
- Nie mam 90 Dolarów — mówię, ignorując polecenie.
- 50 Dolarów – nieoczekiwanie spuszcza z tonu.
- Nie mam pieniędzy.
- Daj paszport i pojedziemy do bankomatu – odpiera mój argument pomysłowy policjant.
- Karty nie mam. Koledzy są przy granicy z Iranem. Miałem awarię i teraz jadę do nich. Tam mam pieniądze i kartę w osobistym bagażu – odpowiadam. Naciągana historyjka, ale to jedyne co przyszło mi na myśl. Mam nadzieję, że dla nich nie jest na tyle blisko, żeby mnie tam eskortować.
- Dokumenty – Powtarza się ten z samochodu.
Ja swoje. I opowiadam bajkę, jak to dobrzy ludzie armeńskiej krainy, pomagali przy wymianie dętki. Po polsku. Nie musi rozumieć. Wystarczy, że nie ma ciszy i nie może skupić się na nowych pomysłach.
- Dokumenty – Tonem niecierpiącym sprzeciwu powtarza policjant. Widać bajka nie zadziałała.
W końcu to władza. Paszport muszę pokazać. Oddaję paszport i powtarzam swoje.
- Jak wam zapłacę, to nie będę mógł dojechać do kolegów. Nie starczy benzyny.
- 20 Dolarów musisz dać. Jechałeś za szybko – mówi policjant, wertując paszport.
- Poczekaj.
Nie wygram z nimi dwoma. Coś trzeba dać. Idę do motocykla. Z saszetki na szyi, tak, żeby nie widzieli, usuwam większość pieniędzy. Zostało 10 Dolarów i 10 Euro.
Wracam do radiowozu.
- Więcej nie mam. Jak weźmiesz, nie będę miał na jedzenie. – oznajmiam i wręczam temu w radiowozie 10 Dolarów.
- Za mało – mówi, zabierając pieniądze.
- Więcej nie mam.
Drugi policjant gmera coś w bagażniku. Chyba się uda tanio wyłgać. Już na odchodne, rzucam w akcie desperacji po stracie dziesięciodolarówki.
- Masz chleb?
- Co?
- Masz chleb?
Na twarzy policjanta maluje się zdziwienie. Powtarzam jeszcze raz, jak umiem najlepiej po rosyjsku.
- Jaki chleb?
- Teraz nie mam co jeść. Masz chleb? Oddałem wam pieniądze. Nie będę miał co jeść do granicy, a nie wiem, czy moi koledzy tam są jeszcze.
Policjant popatrzył na paszport, na dziesięciodolarówkę, na mnie i… paszport oddał razem z banknotem. Tego się nie spodziewałem.
- Jedź.
Ubieram się niespiesznie, bo słońce znów wyszło i musiałem się w międzyczasie porozbierać. Jeszcze podszedłem raz, żeby naiwnie rozpytać o prędkości, z jakimi można się tu poruszać. Najlepiej 70 do 80 km/h. Tyle się dowiedziałem. Na to podjeżdża jeszcze jeden radiowóz. Teraz już naprawdę czas na mnie. Po co kusić los.

Obrazek


***

Obrazek

W Erewaniu powietrze stoi. Jest parno i gorąco. Można się ugotować. Słońce nie świeci tylko piecze i praży nawet przez kurtkę. Chcę zatankować, ale nikt nie chce przyjąć płatności kartą. Zatrzymałem się przy pierwszej budce z jedzeniem. Trafiłem na kebab. W ścianie budynku, przy ulicy bankomat, więc będę miał gotówkę.
Z budki bucha taki żar, że żaden normalny człowiek nie wytrzyma w środku długo. Chłopak uwija się jak w ukropie. Pot wręcz leje się z niego. Pracuje ciężko, od czasu do czasu popijając wodę. Na dłoniach ma przezroczyste rękawiczki z folii. Mała kolejka topnieje i dostaję swoją porcję.
Opowiadam o tym, choć to nic ciekawego, bo to duży kontrast między łapówkarzami z radiowozu a tym ciężko pracującym chłopakiem. Założę się, że nie zarabia w tydzień tyle, ile chcieli ode mnie policjanci na początku… Czy rzeczywiście uczciwość popłaca?

Obrazek


***

Wjeżdżam na obwodnicę miasta i na wylotówce tankuję. Chłopak z obsługi chce przytrzymać kask, rękawice, zatankować i podać zimną wodę jednocześnie. Tutaj mogę zapłacić kartą. Gotówka może przydać się później.

Obrazek

Droga wylotowa z Erewania z początku prowadzi w kierunku góry Ararat, żeby przed wulkanem skręcić na południe wzdłuż granicy z Turcją. Jest tak monumentalna, że jej imponujące, niedostępne i ośnieżone stoki, towarzyszą mi przez wiele kilometrów. Góra i na jej tle wieżyczki strażnicze pograniczników.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dopiero granica Górskiego Karabachu, powoduje, że droga oddala się od tego fascynującego widoku.

Obrazek

Obrazek

Nie znaczy to, że dalej jest brzydko. Tu aura zdaje się, jest bardziej łaskawa, bo zieleń jest nasycona, a ze świeżych źdźbeł trawy korzystają owce wypasane tu w dużych ilościach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zmierzch zmusił mnie do poszukania przystanku. W tym rejonie nie jest to trudne. Droga prowadzi przez miejscowości gdzie dość łatwo o nocleg. W pierwszym właściciel chyba Amerykanin zażądał za rozbicie namiotu tyle, że można by pokój w hotelu zamówić. Drugie miejsce wydało się idealne, bo i pokój i prysznic w korytarzu tylko… wody nie ma i nie będzie do jutra. Muszę się odświeżyć. W końcu już niemal po ciemku wjechałem pod górę do hotelu wyglądającego jak wieża warowna. Hotel nazywa się Amrots.

Foto z ranka następnego dnia.
Obrazek

Tu okazało się, że i łóżko jest i woda bieżąca i cena na moją kieszeń i nawet obsługa ponadprzeciętnie uprzejma.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzień skończyłem, pisząc notatki przy lampce koniaku ormiańskiego i jednym z cygar, które zabrałem na taką właśnie okazję.

Obrazek

Obrazek

P.s. Coś się dzieje z kamerą. Przestała reagować na włącznik i nie mogę nagrywać.

Mapy:

Obrazek

Obrazek

CF


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na ś
Nieprzeczytany postZamieszczono: 27 lutego 2021, 17:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 maja 2013, 11:33
Posty: 497
:idea:

15 dzień. 4 maja.
Armenia (Wajk) – Iran (Duzal)


96942 – 97200
258 km.


6:30 czasu armeńskiego. Alarm w telefonie natarczywie wibruje w uszach. W Polsce jest 4:30. Jeśli chodzi o wczesne wstawanie, wiadomo, że nie jest łatwo podróżować na wschód. Nie marudzę. Od razu zerwałem się z łóżka. Dziś, jeśli nic nie przytrafi się po drodze, być może dojadę do granicy z Iranem. Jeśli wszystko zadziała jak trzeba, może nawet tam wjadę.
Pusta sala. Stoliki przykryte białymi obrusami, też puste. Kamienna podłoga lśni, że można się przejrzeć. Na śniadaniu jestem za wcześnie. Śniadania od dziewiątej. Za to jest Kristine, dziewczyna z recepcji, z którą wczoraj zamieniłem kilka zdań. Pewnie kończy zaraz nocną zmianę. Właśnie poprawia krzesła, podnosząc je tak, żeby nie zgrzytały po podłodze. To ona najpierw oznajmiła, że nie ma jedzenia a później mnie nakarmiła. Powiedziała, że sama może coś przyrządzić.
Na co dzień nie lubię zapychać się śniadaniami, ale w drodze to co innego. W drodze, jak nie zjem rano, to albo nie zjem nic, póki się nie zatrzymam na noc, albo zjem cokolwiek, co znajdę po drodze.
Śniadań nie lubię, ale dziewczyna postępuje tak, że czuję się zaopiekowany. To coś więcej niż służbowa uprzejmość. Takie zachowanie może pochodzić tylko z charakteru. Skoro mam zjeść poza konkursem, chciałem przyczynić się do tego mojego śniadania. Nie pozwoliła mi ruszyć się z miejsca. Sama przynosiła na kilka razy wszystkie naczynia.
Na stole ser biały w dwóch rodzajach. Armeńskie pokrojone bułki, które łatwo rozerwać. Jest kruche masło, żółte jak żółty ser. Do tego dwa jajka gotowane na twardo. Do jajek kwaśna śmietana, tak biała, jak szczyty gór, które widzę za oknem i gęsta tak, że daje się nabierać jak majonez. I herbata. Mam wrażenie, że to o wiele więcej, niż oferuje się gościom na śniadanie. Chciałem przynajmniej w podziękowaniu zaprosić ją do stolika, ale zniknęła gdzieś za drzwiami i zobaczyliśmy się dopiero w recepcji, kiedy się wymeldowałem.
Dziękuję, Kristine :)

Na zewnątrz już teraz da się wyczuć, że dzień będzie upalny. Wcale mnie to nie dziwi.
- Jakie teraz? Jest dziewiąta. Po co w ogóle patrzę na zegarek? Sam siebie przez to pospieszam, jakbym rzeczywiście gdzieś się spieszył. Ile dni albo i tygodni potrzeba, żeby czas przestał mieć znaczenie?

Pakuję motocykl a na parkingu zbiera się grupka mężczyzn. Chyba przyjechali do pracy. Pytają o motocykl, cel podróży, skąd przyjechałem. Nie z ciekawości, jak to bywało w Turcji. Mam wrażenie, że raczej chcą zrobić mi uprzejmość jako gościowi. Pytania skończyły się a mężczyźni rozeszli się do swoich zajęć, żegnając się ze mną, każdy z osobna.

Już miałem ruszyć, ale kamera odmawia posłuszeństwa. Nie chce się włączyć a w końcu robi to opornie. Zużył się włącznik. Nie wiem czy będę mógł nagrywać. Na pewno nie wtedy, kiedy chcę. Wczoraj ją rozłożyłem ale nic to nie dało. W środku pełno tandetnego plastiku.

Droga rozpieszcza widokami. Tutaj nie ma tak, że trzeba gdzieś dojechać, żeby coś zobaczyć. Wszystko to czym chcielibyśmy otaczać się w drodze, jest od razu na wyciągnięcie ręki.

Obrazek

Obrazek

Mam dziś do pokonania 240 kilometrów takiej drogi. Dalej jest granica. Nie spieszę się więc zgodnie z ostatnim przykazaniem tkliwego nihilisty, które mówi: Spiesz się powoli. Pośpiech upokarza.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, w jakim niewygodnym położeniu będę, przez CZAS.
Snuję się niespiesznie podziwiając jak pomysłowa może być natura. Za sprawą jej sił, ale też człowieka można zapomnieć o tym, że jedzie się motocyklem. Łagodne wzgórza Wyżyny Armeńskiej, ciągnące się po horyzont, spotykają się z tam z budującymi się cumulusami, z mojej perspektywy nie pozostawiając miejsca czystemu niebu. Połacie śniegu opierają się jeszcze wiośnie, pstrząc na biało północne stoki. Wygląda to, jakby w te miejsca pospadały chmury i nie mogąc wrócić na nieboskłon, rozpłaszczyły się, czekając co przyniesie dzień. Żeby je zobaczyć, trzeba patrzeć na południe, bo jak się odwrócisz, to zobaczysz zieleń budzącą się do życia. Białych plam już tam nie ma.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pod jednym ze szczytów niewielka wioska. Chciałoby się tam zobaczyć pracujące dla człowieka konie, jakiś samochód, może przeganiane stado krów albo pasieki, które właśnie ktoś oporządza. Trudy życia, może klimat albo coś innego, wygnały byt z tego miejsca. Opuszczone chaty straszą pustymi oczodołami okien. Wszystko zamarłe w bezruchu jak cmentarzysko niespełnionej egzystencji. Pustka trawi miejsce, które powinno tętnić życiem, a czas zamienia w ruinę to, co człowiek zbudował ku swojemu pocieszeniu, z nadzieją na spokój. Tylko cienie chmur, z obojętnością, prześlizgują się po dachach podniszczonych domostw, przerośniętych krzewów, krzywych płotów. Gdzie podziali się ludzie? Wojna? Lawina? Surowe zimy? W Internecie nie ma informacji. Dowiedziałem się, że wieś nazywa się Ughedzor i w 2011 roku mieszkało tam 21 osób. A może mieszkają? Może tam wcale nie jest pusto, tylko z tej odległości słabo widać, albo pracują gdzieś dalej?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Za kilka kilometrów znalazłem się na wysokości ponad 2300 metrów nad morzem. To przełęcz Vorotani. Mimo słonecznej pogody jest tu znacznie zimniej niż w dolinie, którą jechałem niedawno. Najwyższy punkt przełęczy jest jednocześnie granicą prowincji Wajc Dzor i Sjunik. Nie sposób przejechać obojętnie albo niechcący ominąć to miejsce. Po obu stronach drogi postawiono monumentalne budowle, przypominające otwarte wrota. Oprócz budowli w stylu radzieckiej, komunistycznej megalomanii, rozciąga się tu panorama, której nie sposób odmówić tych dziesięciu minut.

Obrazek

Obrazek

Kilka kilometrów dalej jezioro. To znaczy myślałem, że to jezioro. Tak naprawdę, to sztuczny zbiornik wodny. Nazywają go Spandaryan Reservoir i służy do zasilania jednej z największych elektrowni wodnych w Armenii*. Wody zbiornika zasilane teraz dodatkowo topniejącymi śniegami, ulewają się, tworząc rozlewisko. Myślę, że w razie potrzeby, można by tu rozbić obóz, a potem zostać dużo dłużej, niż się zakładało.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zdawałoby się, że wszystkie drogi są zakrętami w Armenii. Okazuje się, że można też, długi czas jechać prosto :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przerywnikiem na malowniczo położonej drodze jest Goris. Goris to miasto położone w dolinie z wieloma zabytkami i miejscami kultu religijnego. Ja tylko tankuję motocykl.

Obrazek

Z miasta w dolinie wyjeżdża się drogą zbudowaną przy korycie rzeki Vararak. Mimo że rzeka płynie dużo niżej, zewsząd i tak widok na panoramę ograniczają góry. Kanion. Przez dziurę wykutą w skale, wjeżdża się … na teren Azerbejdżanu. Bez wiz, celników, szlabanów. To niecałe cztery kilometry opadającej łagodnymi serpentynami drogi. Później znów wjeżdża się do Armenii, żeby przejechać most na rzece Bazarcay.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Za mostem już nie jest tak łatwo, bo trzeba radzić sobie z 10-procentowym nachyleniem i widokiem oddalającego się dna doliny z coraz mniejszym mostem.
Wiatrak chłodnicy pracuje bez przerwy. Zakręty, a właściwie nawroty pokonuję na jedynce, czasem na półsprzęgle, podpierając się nogą. Różnica wysokości jest taka, że wspiąwszy się na górę, musiałem się chronić przed przejmującym zimnem, kiedy na dole panował przedpołudniowy upał. Ani razu nie wrzuciłem trzeciego biegu. No… Może raz.
Chcąc zatrzymać się na chwilę, motocykl musiałem zostawić na biegu. A i to nie gwarantowało sukcesu. To droga międzynarodowa i jeżdżą tędy TIR-y. Mogę je wyprzedzać, tylko kiedy są w zakręcie. Kiedy z naprzeciwka zjeżdżał taki TIR, a trafiliśmy na siebie w moim lewym zakręcie, on wjeżdżał na moją część, a ja mijałem go lewą stroną. Trudno to wytłumaczyć, ale zawsze działało za porozumieniem stron.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wgramoliłem się na samą górę. Tutaj droga przez dwadzieścia kilometrów jest jednocześnie granicą. Natura dodała coś od siebie. Drzewa i las. W końcu zboczem jednego ze szczytów droga opada na tyle nisko, że znów jest gorąco.
Rześkie powietrze zostawiłem na szczycie. Teraz słońce praży i nagrzewa stojące powietrze. Jest coś jeszcze. Jezioro. Może jest zamarznięte a na nim brud? Może woda spływająca z gór wypłukuje i porywa ze sobą osad, barwiąc je nienaturalnie? Nie. Podjechałem bliżej i okazało się, że to … błoto**.

Obrazek

Obrazek

Do granicy zostało niecałe 90 kilometrów. Do miasta Kadżaran jadę właściwie nieprzerwanie doliną wśród zalesionych gór. Kadżaran to małe miasto położone na wysokości 1950 m npm. Przypomina nieco miasto ludzi, którzy przyjechali tu po lepsze życie, ale coś się nie udało. Stare, chyba jeszcze komunistyczne blokowiska poustawiane w szeregach i sklepy, w których ma się wrażenie, że nic nie ma. Dziurawe drogi, wszędobylska szarość i bieda. Tuż za miasteczkiem wjeżdżam w góry. Dopiero z daleka w makroskali, Kadżaran nabrało swoistego uroku. Jakby tak przymknąć oko, można by wyobrazić sobie wioskę narciarską w Austriackim Tyrolu. Tutaj jednak wielu ludzi ciężko pracuje w pobliskiej kopalni miedzi i molibdenu.

Obrazek

Obrazek

Wspomniałem, że wjechałem w góry. Tak. Wyjeżdżając z miasta, od razu zacząłem wspinaczkę. Znów 10-procentowe podjazdy, skruszone skały na drodze, czasem jakaś dziura i widoki niepozwalające skupić się na drodze.
Właśnie zatrzymałem się, żeby napatrzeć się z wysokości na dolinę. Nadjeżdża czarny mercedes klasy E na armeńskich numerach. Zatrzymuje się tuż za mną. Wszystkie szyby przyciemniane tak, że są niemal w kolorze nadwozia. Drzwi otwierają się i ze środka wypada czerwona szpilka na koturnie. Za nią druga, aż pokazała się ich właścicielka. Z drugiej strony wysiadła jej koleżanka. Obie drobiąc kroki podbiegają i jakbyśmy znali się od lat, krzyczą rozpromienione, że chcą foto przy maszynie, zabawnie przy tym podskakując, jak małe dzieci w sklepie z zabawkami.
Kierowcą jest młody chłopak ubrany w czarne jeansy, taką samą podkoszulkę. Na szyi złoty łańcuch, skrzy się szlachetną żółcią. Teraz wysiadł z samochodu i bez słowa przygląda się wszystkiemu z daleka.
Bez pytania, które widocznie uznała za zbędne, gramoli się jedna z dziewczyn na motocykl, zadzierając nogę jakby miała przekroczyć całą dolinę jednym susem. Czerwony szpilko-młotek i tak zawadził o kanapę.
Bezwiednie wydałem z siebie syk rozpaczy. Na szczęście kanapa cała.
Nie wiem co myśleć. To jest tak irracjonalne… Czuję, że mniej bym się zdziwił spotkawszy Yeti grającego na ukulele. Mam szczęście, bo druga niewiasta nie jest tak śmiała i zadowoliła się patrzeniem na wyczyny koleżanki. Nie chcę oceniać, bo to ani moja sprawa, ani żadnego znaczenia nie ma, ale widać, że razem wzięte, mają w sobie i na sobie prawdopodobnie tyle sztucznych „ulepszaczy” urody, co molibdenu i miedzi w kopalni na dole. Przy tym były zabawne, wesołe i nieco zionęło alkoholem. Uznałem więc, że nie są PRZED albo PO pracy. Śmiała koniecznie chce, żebym przesłał jej zdjęcia, które zrobiłem. Wymienia przy tym wszystkie możliwe media i portale społecznościowe. Wybieram eFBe. Na pożegnanie dostałem całusa, usłyszałem, że jestem lovny i odjechały. Cóż… Pozbierałem szczękę z ziemi, ostrożnie wsiadłem na motocykl i też odjechałem.

Obrazek

Obrazek

Jestem już na wysokości śniegu. GPS pokazuje 2538 metrów. Zrobiło się bardzo zimno. Nie rosną tu drzewa, trawy są niskie i mizerne a śnieg na wyciągnięcie dłoni. Pustkowie, surowy klimat, i to wrażenie… jakbym był na dachu tej krainy. Zawsze marzyłem o takich miejscach i chciałem zażywać ciszy, w którą można wsłuchiwać się bez ograniczeń. Teraz sam tu jestem, więc uwiecznię wszystko na zdjęciach. Wyjeżdżam zza jednego z zakrętów z myślą o przystanku i kogo widzę...? Te same kozice pozują sobie wzajemnie na tle zaśnieżonych szczytów… Na dodatek zachowują się, jakby temperatura ich nie dotyczyła. Czarny mercedes na poboczu. Kierowca pewnie w środku, bo przenikliwie zimno. Przynajmniej on rozsądny.
Zatrzymałem się dość daleko, ale to żadna przeszkoda. Znów biegną drobiąc. Znów wymachują rękoma wykrzykując pozdrowienia. Za chwilę bardziej śmiała, jeszcze raz przylepiła się do motocykla. Żeby tego było mało, postanowiła wsunąć się w mój kask. Rękawice przezornie mam przy sobie. Żeby tylko nie zapragnęła butów…
Dziewiąte przykazanie dekalogu tkliwego nihilisty mówi: Nie schlebiaj gustom, staraj się je kształtować.
- Chałodna – mówię, stukając nie za mocno bardziej śmiałą, w odsłonięty bok między portkami a za małym sweterkiem.
- Niet. Mnie tiepło – odpowiada niezrażona moją bezczelnością – U mienia jest wino i wodka.
Niepotrzebnie się spoufaliłem, bo zaczęły wypytywać skąd, dokąd. A może i potrzebnie, bo wyjaśnił się też powód ich tu bytności. Bardziej śmiała prowadzi salon kosmetyczny, chyba w Erewaniu. Jej koleżanka jest jej pracownikiem. Chciały się zabawić, więc wynajęły samochód z kierowcą i się zabawiają. Akurat teraz w górach na tym pustkowiu i akurat, kiedy wcale nie potrzebuję towarzystwa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


***

Szlaban oznacza koniec Armenii. Nie otwiera się, więc pieszo idę do okienka.
Celnik sprawdza paszport i wriemiennyj wwoz. Szlaban w górę.
Do głównego budynku odprawy trzeba podjechać. Tutaj oddaję wriemiennyj wwoz. Sprawdzają paszport i dowód motocykla. Teraz trzeba czekać na człowieka od kontroli bagażu.
Jest szesnasta. Gorąc leje się z nieba, leje się ze mnie, chce mi się pić a woda dawno się skończyła.
Nie czekałem zbyt długo. Celnik pobieżnie ogląda motocykl, zadaje swoje pytania, a ja po swojemu odpowiadam. Chyba jest usatysfakcjonowany, bo każe jechać. Dojeżdżam do wielkiej bramofurtki zamykanej na kłódkę. Klucz do kłódki ma człowiek w cywilnym ubraniu. Otwiera bramę a tuż za nią pani żołnierz sprawdza mój paszport. Mogę jechać.
Nie ujechałem za daleko, mimo że oczami wyobraźni widziałem już jak przejeżdżam przez most na rzece, będący właściwą granicą. Krzyki żołnierza zawróciły mnie do jeszcze jednej budki. Właściwie to coś jak kontener przerobiony na stanowisko kontroli. Nie zauważyłem, bo widok zasłonił TIR z naczepą. Motocykl praży się w słońcu a ja przy okienku. Tutaj spisywany jestem z paszportu do komputera. Motocykl też. Trwa to i trwa a mnie coraz mniej, bo rozpuszczam się od popołudniowego skwaru.
Celnik oddaje dokumenty, więc mogę jechać. Ruszam, ale przeraźliwy gwizd zatrzymuje mnie jeszcze raz na miejscu. Macha mundurowy i pohukuje groźnie. To jeszcze jeden żołnierz z jeszcze jedną funkcją. Kontrola bagażu. Znów trzeba poczekać. Funkcjonariusz na razie zajmuje się kierowcą TIR-a i jego ładunkiem.
Teraz ja. Ogląda, patrzy, pyta co wiozę. Odpowiadam posłusznie i pokazuję co mam w tankbagu. Może nie będzie chciał, żebym na tej patelni otwierał wszystkie torby.
Zadowolony z wykonanej pracy, każe jechać dalej, ale przestrzega, żeby zatrzymać się przy ostatniej budce, przy moście. Robię to, ale ten pogranicznik nie jest mną zainteresowany. Macha tylko ponaglająco ręką. Przede mną most na rzece Araks a za mostem Iran.

Pierwszy kontakt.
Murowany, oszklony budynek. W środku młody żołnierz. Bierze paszport i wpisuje mnie do wielkiej księgi. Przyjaźnie zagaduje po angielsku, uśmiecha się. Instruuje mnie co zrobić dalej. Jest po ludzku uprzejmy.
Trzeba odstawić motocykl na niby parking przy siatce pomalowanej na biało i niebiesko.

Obrazek

Z dokumentami do budynku głównego. Mocno działająca klimatyzacja, natychmiast przynosi ulgę. W dużej i wysokiej hali dwa oszklone stanowiska a w każdej człowiek. Dalej bramki obrotowe jak na lotnisku. Przez otwarte drzwi widzę jak jeden na mój widok wsuwa stopy w klapki. Tak przygotowawszy się do pracy, prosi o paszport. Spisuje, skanuje, sprawdza zdjęcie z autentykiem. Teraz muszę przejść do drugiego stanowiska. Tutaj to samo. Dodatkowo pyta o imię ojca, czy mam żonę, jaki mam zawód, jaki jest cel przyjazdu, ile czasu potrwa wizyta. Z quizem wyrobiliśmy się w dziesięć minut, mimo bariery językowej. Zostałem wpisany do systemu i mogę iść.

Przejeżdżam po dużym placu do szlabanu. Stoi tu jeden kontener przerobiony na biuro i po przeciwnej stronie szlabanu niewielki, murowany budynek. Też biuro. Ktoś pokazuje palcem, że najpierw kontener.
Tu spisuje się dane z paszportu, które lądują w komputerze.
- CPD? - Wyłapuję hasło, ze którego zdania w całości nie zrozumiałem.
Kręcę głową w geście zaprzeczenia.
- Problem – znowu wyłapuję ze zdania. Narobiłem sporego zamieszania, bo już kilku ludzi dyskutuje nad moim problemem. Dzwonią gdzieś, ktoś przychodzi i odchodzi. Znowu dyskusje.

W końcu rzucam hasło-klucz
- Hossein Sheikhlou.
Człowiek za biurkiem odetchnął jakby powietrze zeszło z niego. Prowadzi mnie do budynku po przeciwnej stronie. Tutaj siedzi dwóch mężczyzn. W środku stare pułki, biurko i łóżko. Jest też metalowa szafka. Witają mnie serdecznie i jeden dzwoni do kogoś obcego, a potem do Hosseina. Po wybraniu numeru daje mi słuchawkę. No to jestem w domu.
Hossein bardzo dobrze mówi po angielsku, więc musi powtarzać po trzy razy co chce mi przekazać. A przekazuje, że brak CPD to nie wszystko. Nie mam karnetu a na dodatek jest czwartek po południu i nikt już nie pracuje. No tak… Czwartek to ostatni dzień tygodnia w Iranie. Piątek jest wolny dla wszystkich. Dopiero w sobotę będę mógł załatwić formalności. Z rozmowy zrozumiałem też, że przyjdzie po mnie przyjaciel Hosseina i zabierze do hotelu nieopodal.

Obrazek

Obrazek

Czekam.
Czekam i obserwuję. Wielki plac częściowo zastawiony jest ciężarówkami. Ruch jak w mrowisku. Ciężarówki typu Kamaz czy Kraz albo inne dymiące relikty przeszłości motoryzacyjnej, stoją poustawiane w kilka rzędów. U większości silniki pracują, tworząc szarą chmurę spalin. Wszystkie na swoich ciężarowych plecach mają kontenery. Stoją tak dymiąc niemiłosiernie i czekają na swoich kierowców. Tych można znaleźć w biurze od karnetu CPD, do którego trafiłem w pierwszej kolejności albo w budynku naprzeciw. Chodzą między nimi, od okienka do okienka ze swoimi dokumentami przewozowymi. Formalności zajmują dużo czasu. Mimo różnych postur są bardzo do siebie podobni. To znaczy wszyscy chodzą w klapkach, mają podkoszulki lub koszule z długim rękawem i długie spodnie materiałowe w ciemnym kolorze.
Co jakiś czas, urzędnik wychodzi z budynku przy szlabanie i każe jechać odprawionej partii załadowanych samochodów. Kierowcy wsiadają, wszystkie ciężarówki naraz zaczynają ryczeć i dymić czarnymi, trującymi gazami. Powietrze robi się gęste i wręcz widać jak szaro-czarna chmura wibruje od ogłuszającego hałasu starych silników. Spaliny drażnią nozdrza, do oczu w obronnym odruchu nachodzą łzy. Nie jest lepiej, kiedy dymiące sadzą pojazdy ruszą. Podrywają kołami tumany kurzu i pyłu. Wtedy dym i kurz mieszają się, tworząc bardziej gęstą zawiesinę. Czasem jakiś zniecierpliwiony kierowca dodaje gazu, rytmicznie naciskając pedał do podłogi. Wtedy robi się ciemno. Podniesiony szlaban oznacza, że za chwilę wszystko się uspokoi na jakiś czas. Ciężarówki jak żuki, każdy ze swoim ładunkiem, odjeżdżają w kierunku Armenii. Nastaje chwilowa, pozorna cisza, przerywana tylko powracającym śpiewem ptaków i łopotem wielkiej flagi irańskiej. Wiatr wieje tylko na jej wysokości. Tutaj nie dociera żaden powiew.
Znowu słychać rozmowy kierowców, którzy czekają na swoją kolej. Niedługo unoszący się w powietrzu, duszący zapach spalin i kurz opadną, ale upał zostanie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W czasie właśnie tej pozornej ciszy podszedł do mnie człowiek w białym kaszkiecie. Nazywa się Samwel i ma 60 lat. Jest armeńskim kierowcą. Zmarszczki i spracowane, silne dłonie zdradzają ciężkie życie. Od lat pracuje jako kierowca i ma troje dorosłych dzieci. Mieszka w Agarak, tuż za granicą.

Rozmawiamy dobre dwie, może trzy godziny. Opowiada o Armenii i o zwyczajach w tym kraju. Wspomina też o policjantach, którzy bez skrupułów rabują każdego, kogo zatrzymają. O tym sam się przekonałem. Mówi, dlaczego w Iranie jest tania benzyna i że tam kochają pieniądze. Wyjaśnia różnicę między Rialami*** a Tomanami****. Zna też nieoficjalny kurs dolara. Pomyślałem, że wymienię trochę pieniędzy, które zostały mi z Armenii i kilka Dolarów, na Riale. Kantor rzecz jasna jest. Od razu wskazał dokąd mam iść, ale zna Ahmeda. Ahmed jest kolegą Samwela i chętnie zamieni pieniądze. Za chwilę na środku placu dokonujemy transakcji. Dzięki temu stałem się właścicielem sporego pliku banknotów z wieloma zerami.

Słońce chyli się ku zachodowi, czas mija. Minęło go wystarczająco dużo, żebym zorientował się, że kolega Hosseina powinien już być, choćby jechał tu z samej Urmii. Mój telefon nie działa, ale mogę skorzystać z komórki Ahmeda. Tego samego, z którym zrobiłem wymianę waluty.
Mimo że poprzednio Hossein mówił najwolniej i najwyraźniej jak umiał, źle go zrozumiałem. Sam mam dostać się do hotelu a hotel jest zaprzyjaźniony. Mam czas do soboty do 9 rano i nie mogę się spóźnić.
Trzeba się rozstać. Samwel niedługo skończy swoje procedury wyjazdowe, a ja powinienem gdzieś przenocować.

Obrazek

Ostatnia przysługa.
Samwel poprosił Ahmeda, żeby ten zamówił taksówkę przez swój telefon.
Za pół godziny, na granicę, przez którą przecież tak trudno się dostać, podjeżdża zdezelowany, żółty samochód nieznanej mi marki. Ze środka wygramolił się otyły, stary człowiek. Potrzebny bagaż zdjąłem wcześniej z motocykla. Teraz tylko wrzucić to do kufra. Schorowane nogi taksówkarza, szurają po ziemi, wzbijając kurz. Ze zgrzytem otwiera bagażnik. Zabieram dwa bagaże. Opona zapasowa, kanister z benzyną na zapas, worek z olejem i narzędziami zostają.
W bagażniku wielka butla na gaz, świece zapłonowe, części zapasowe albo zużyte. Koce, szmaty, papier, zmiętoszona gazeta. Jakieś rurki, pręty, śruby i butelki. Chyba z olejem. Dokładam do tego kramu różności swój bagaż i z ledwością bagażnik się zamyka. Kask i resztę rzeczy zostawiłem wcześniej w budce ze szlabanem, za pozwoleniem celników.
Trzeba jeszcze ustalić dokąd jadę i ile będzie to kosztowało. Pytam taksówkarza ile za przejazd. Po polsku, ale z międzynarodowym gestem pocierania kciuka o palec wskazujący. Zrozumiał od razu. Odpowiedział w farsi, ale nic nie zrozumiałem. Dopiero Ahmed przełożył informację na armeński a Samwel na angielsko-rosyjski. 100 tys. Riali, czyli 10 tys. Tomanów, czyli jakieś 10-12 zł. Nie wybrzydzam.
Sanwel za to tak. Zwraca staremu taksówkarzowi uwagę, że to o wiele za dużo. Kierowca uruchomił się natychmiast. Jego ponura, zgorzkniała i nienawistna twarz nabrała purpury. Popadł w taki jazgot, tak zaczął wymachiwać rękoma i krzyczeć, że myślałem, że dojdzie do rękoczynów. Uspokoił się, dopiero kiedy wyjąłem pieniądze, odliczyłem właściwą sumę i wręczyłem mu ją. Może nie wręczyłem. Byłem w pół drogi w geście płacenia, kiedy wyszarpał banknoty i schował do kieszeni spodni.

Stary Irańczyk ledwo widzi na oczy. Rozklekotany samochód żyje własnym życiem, pamiętając być może tysiące razy przemierzaną drogę. Kierowca łagodne łuki pokonuje, ścinając je. Rozpędza się do niewiarygodnych 100 km/h i mija inne samochody, o włos unikając kolizji.
Zza jednego z wiraży wyłania się stado krów. Trzeba zwolnić, bo idą środkiem. Kierowca znów się uruchomił, wydając z siebie okropny jazgot. Przejeżdża na lewą stronę drogi, próbując przepędzić bydło wyjącym silnikiem, zawadzając lusterkiem jedno ze zwierząt. Krzyczy przy tym na pasterza niemiłosiernie, grożąc pięścią. Wszystko to na odcinku czterech kilometrów.

Obrazek

Obrazek

Wyjąłem bagaż z rozklekotanego pojazdu i odstawiłem przed próg hotelu. Taksówkarz wymownie gestykuluje, stanowczo żądając opłaty. Nie zapłaciłem? To płacę. I wręczam przez otwartą szybę sto tysięcy.
Zgorzkniały, schorowany starzec w rozklekotanym wozie odjechał. Dopiero kiedy zniknął z pola widzenia, przypomniałem sobie, że przecież już raz zapłaciłem za kurs. Tak się zaaferowałem sytuacją, że dałem się oskubać.
Ósme: Staraj się znaleźć rzeczom swoje własne miejsce-mówi dekalog tkliwego nihilisty.
Może wcale mnie nie oszukał? Może we właściwy sobie sposób żądał tylko napiwku. Może tu taki zwyczaj a ja sam siebie wpuściłem w pułapkę zawistnych domysłów. Nie ma nad czym rozprawiać. Niech, choć na chwilę poprawi to nastrój temu człowiekowi. Może cieszy się teraz, że jednak opłacało się przerwać co robił i pojechać po naiwnego turystę. Może dzięki temu nieco złagodnieją rysy zaciekłości na starej twarzy, człowieka u schyłku życia.

Jak można się domyślić, hotel na prowincji irańskiej, nie jest w standardzie europejskim. Ot, stoi budynek jak inne. No, właściwie wyróżnia go elewacja nowszej od reszty dobudówki. Budynki wokół są ceglane albo z kamienia.

Obrazek

Wita mnie niewysoki człowiek około pięćdziesiątki z siwizną po bokach głowy. To Ahmed. Są z nim dwaj synowie w wieku 20 i 18 lat. Żeby zażegnać nieporozumienie, od razu pytam o cenę pokoju. Chyba popełniłem gafę. Zamiast odpowiedzi dostaję herbatę. Ahmed zna trochę angielski. Rozmawiamy o mojej podróży, granicy i mojej niecodziennej sytuacji.

Obrazek

Teraz możemy rozpocząć negocjacje.
Po krótkiej chwili z 500 tys. Riali za noc zrobiło się 700 tys. za dwie noce. To około 20 Dolarów.

Młodszy syn Ahmeda prowadzi mnie do pokoju. Pokazuje gdzie na korytarzu włącza się światło, omijając kosze z warzywami, potrzebne w kuchni. Pokój jest na drugim piętrze. Na jednym piętrze jeden pokój. Ten niżej jest zajęty. Pokazuje też gdzie zostawić buty, zanim wejdę, a jeśli chcę je wstawić do środka to powinienem postawić je na szafce przy drzwiach. Nie na podłodze.
Pokazuje kuchnię a właściwie aneks kuchenny, telewizor kineskopowy i za kuchnią łazienkę, z równo ustawionymi, kiedyś białymi klapkami.

Obrazek

Obrazek

Zostaję sam. Biorę prysznic bacznie uważając, żeby nie wpaść nogą do muszlo-dziury. Czuję, że jestem oblepiony kurzem i spalinami z granicy. Spędziłem tam całe popołudnie a upał wyssał ze mnie energię.
Zimna woda i ten pokój, zdają się absolutnym i skończonym luksusem.
Odżywszy, próbuję zrobić coś z niewłączającą się kamerą. Nic z tego. Jeden, mały element wyrobił się tak, że przynajmniej na razie nic z tym nie zrobię. Kamera włącza się sporadycznie i po wielu próbach. Tak samo trudno ją wyłączyć.

Obrazek

Spróbuję pogodzić się ze stratą. Idę na dół. Posiedzę i popatrzę, co robi się w takim miejscu we czwartek wieczorem. Jak pisałem, czwartek jest ostatnim dniem przed weekendem a piątki są wolne od pracy.
Siadam przy jednym ze stolików. Mam ze sobą notes i mam dużo czasu.

Obrazek

Obrazek

We czwartek dzień jak co dzień. Pojawiają się w restauracji różni ludzie. Czasem przychodzą porozmawiać, bez pardonu wchodząc do kuchni. Inni przychodzą, żeby zjeść, też przedtem zaglądając do kuchni. Wszyscy się znają. Przed jedzeniem myją dłonie w umywalce stojącej przy wejściu.
O daniach serwowanych tutaj, niewiele napiszę. Nie sposób zapamiętać nazw.
Na przykład: Ahmed ugniata w dłoniach mięso, dodając przyprawy. Chyba będzie szaszłyk. Uznawszy, że już dość, z impetem uderza mięsną kulą o stół, łapie z powrotem w dłonie rozpłaszczoną kulę i znów gniecie niezadowolony z efektu. Po tych ćwiczeniach, nadziewa, rozgniatając ją wokół miecza tak, żeby więcej z początku i mniej na końcu zostało. Kiedy już sklei kilka takich szabel, odkłada je do chłodni w witrynie, żeby każdy mógł obejrzeć jego pracę przed zjedzeniem.
Nad ułożonymi szablami, półkę wyżej, leżą żebra. Być może krowy. Żebra położone są na gnatach pewnie tego samego zwierza a nad nimi, na haku wisi reklamówka z podrobami. Wygląda na wątrobę, ale nie jestem pewien, bo reklamówka nie jest całkiem przezroczysta.
Szyba chłodziarki w witrynie jest jakby zakurzona, może zaparowana i ma dużo zacieków. Na jednym z nich przysiadła wielka, czarna, włochata mucha, żeby z lubością omiatać swoją rurką delicje. Przyglądanie się tej prymitywnej, rozkosznej uczcie, przerywa Ahmed. Przyniósł herbatę. Ponieważ po opłacie z góry za pokój zostało mi trochę grosza, chcę spróbować tych specjałów. Zależy mi najbardziej na takim płaskim chlebo-placku, który dodają do wszystkiego. Próbując wytłumaczyć na różne sposoby swoją potrzebę, skończyliśmy rozmowę w kuchni, na prezentacji wszystkiego, co jest. Jest tu omawiane wcześniej mięso mielone z szabli, czekające na dodatki. Są mięsne kulki, uda z kurczaków, ryż w wielkim garze, napoje w przeszklonej chłodziarce. Zimne oranżady, kefir, mleko i płyny w puszkach. Zatrzymawszy się na udkach z kurczaka, uznałem, że jest to danie w sam raz dla mnie. Mogę wrócić do mojego oceratowanego stolika. Jedzenie przyrządza młodszy syn Ahmeda, Hamid.

Obrazek

Dostaję tacę a na niej talerz z wybranym udkiem, polanym sosem. Do tego miska z czymś w rodzaju kefiru a może kwaśnej śmietany, miskę z dwoma białymi cebulami pokrojonymi w ćwiartki i dwie ostre jak brzytwa, zielone papryki. Obok tacy ląduje półmisek z górą białego, dymiącego ryżu, a na nim zapakowana w sreberko kostka masła. Ryż taki, ugotowany wcześniej, dochodzi w olbrzymim samowarze. Nie pozwoliwszy masłu do końca rozpuścić się w opakowaniu, wypuszczam je na górę ryżu, żeby tu dokończyło swoją przemianę. Po całodniowej głodówce jedzenie smakuje wybornie.

Kiedy kończę jeść, chłopak od kuchni pyta, czy chcę dostęp do WiFi. Wspominam o tym teraz, bo wcześniej chciał za to pieniądze. Tak czy inaczej, połączywszy się z siecią, cieszyłem się tym przywilejem przez około godzinę. Na dodatek, choć w Iranie niedostępne oficjalnie, jest eFBe. A to dlatego, że młodszy syn Ahmeda w swoim telefonie ma armeńską kartę bez blokad, a Armenia tuż za rzeką.
Pokazuję chłopakom i ich ojcu mój motocykl, który zostawiłem na granicy. Hmm... Moje oczko w głowie stoi teraz na placu, na granicy, cztery kilometry ode mnie. Jego dokumentów też nie mam, bo zatrzymał je celnik. Mój paszport ma albo właściciel hotelu, albo któryś z chłopaków. Zostały tylko pieniądze i część bagażu.
Ale… Pokazuję ten motocykl a oni zwracają uwagę na inne zdjęcie. To z kuso ubranymi dziewczynami spotkanymi w górach. Powiększyłem je i dzieje się rzecz dziwna. Gęby rubasznie śmieją się od ucha do ucha. Podniesione głosy, ekscytacja. No i młody dostaje od ojca w ucho. Żartobliwie wprawdzie, ale na tym skończyło się jego oglądanie. Kiedy stary został sam ze mną, przegoniwszy synów do kuchni, zaczął pokazywać jakby jechał motocyklem. Wiem o co mu chodzi.
Już chcę wrócić do zdjęć z dziewczyną nana motocyklu. Według tutejszych norm społecznych jest rozebrana. Kiedy negocjowałem niską cenę hotelu, Ahmed długo był nieugięty. Teraz mam okazję zrewanżować się. Udaję, że nie wiem o co chodzi. Pokazuję motocykl brata, to znów mój, ale nie z dziewczyną. Ahmed, zrezygnowany, w końcu machnął ręką. Jest 1:1 :)

W moim pokoju na drugim piętrze kończę notatki i jednocześnie oglądam człowieka od wiadomości w telewizorze. Mam wrażenie, że TV na całym świecie służy tylko straszeniu, wprowadzaniu zamętu, dezinformacji i sianiu niezgody.
Sprawdzam jeszcze raz co jest nie tak z kamerą. Dopatrzyłem się, że plastikowa dźwigienka odpowiedzialna za przeniesienie nacisku na włącznik nagrywania, jest nadłamana. Gdybym tylko miał mały śrubokręt i klej, który zostawiłem na granicy w bagażu...
Z tymi myślami, gaszę światło i idę spać. Jest tak ciepło, że nawet nie trzeba się przykrywać.

CF

Mapy

Obrazek

Obrazek

* Spandarian Reservoir – Przeczytane w Wikipedii.
** Nie błoto, tylko składowisko odpadów poflotacyjnych zwane Artsvanik Reservoir a przez miejscowych „niebieskim klejnotem”. Więcej o katastrofie ekologicznej w linku: [url="https://hetq.am/en/article/105994"]https://hetq.am/en/article/105994[/url]
*** Rial – Oficjalna waluta Iranu.
**** Toman – Nieoficjalna waluta Iranu. 1 Toman jest wart 10 tys. Riali. W 2020 roku parlament Iranu zatwierdził Toman jako oficjalną walutę tego kraju. Źródło: [url="https://businessinsider.com.pl/finanse/toman-nowa-waluta-iranu-rezygnuja-z-riala/nmjezrh"]https://businessinsider.com.pl/finanse/toman-nowa-waluta-iranu-rezygnuja-z-riala/nmjezrh[/url]


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 18 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2

Strefa czasowa UTC+1godz.


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Theme created StylerBB.net